Rowerami po Amazonce. Zaczęło się od kilku rurek i szlifierki kątowej [WYWIAD]

rozmawiał Dominik Szczepański 2016-03-31

Fale uderzały ze wszystkich stron, niektóre były tak wysokie, że traciłem Huberta z oczu. Patrzyły się na mnie z góry i po chwili spadały jak atakująca kobra. Trzymałem się roweru i modliłem.

  • Hubert Kisiński i Dawid Andres - Atlantyk, 4 marzec 2016 godz 12 (południe - czasu miejscowego). Fot. Dawid Andres
  • Nie wiadomo skąd, nagle na Ukayali pojawiły się fale. Dawid Andres przeżył pierwszy raz w swoim życiu trzęsienie ziemi. fot. Hubert Kisiński
  • 2 marca, 2016 - Hubert Kisiński i Dawid Andres kilka km przed Belem. Triumfalny rzut kołami rowerowymi wysoko w górę, oznaczał to samo, co mój podrzut wiosłem 30 lat temu. Fot. Dawid Andres
  • Hubert Kisiński na swoim rumaku amazońskim fot. Dawid Andres
  • Pierwszy dzień po opuszczeniu Iquitos. Hubert Kisiński odpoczywa na swoim rumaku niesiony przez szybki nurt Amazonki w kierunku granicy peruwiańsko-brazylijskiej. fot. Dawid Andres
  • Jedna z wielu napraw dętek rowerowych na trasie. Na zdjęciu Hubert Kisiński Fot. Dawid Andres
  • Bracia Hubert Kisiński i Dawid Andres już po powrocie do Polski wodują swój rower amazoński na Warcie. DANIEL ADAMSKI

Przez ostatnie sześć miesięcy na łamach off.sport.pl i polskanarowery.pl razem z braćmi Dawidem Andresem i Hubertem Kisińskim podróżowaliśmy po Amazonce (w relacjach prezentowanych co kilka tygodni przez Piotra Chmielińskiego), startując znad Pacyfiku, by dotrzeć do stałego źródła rzeki w jeziorze Ticlla Cocha wysoko w Andach, gdzie zaczęła się amazońska wyprawa, a potem po pokonaniu ponad 8 tysięcy kilometrów znaleźć się na brazylijskiej plaży nad Atlantykiem. Za swoją wyprawę zostali nagrodzeni Kolosem w kategorii ''Wyczyn Roku''.

Podróżowali na specjalnie skonstruowanych rowerach, które po przeróbkach nadawały się i na i wodę i na drogę.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

***

Hubert Kisiński: Myśmy tych rowerów wcześniej nawet nie widzieli. Nie wiedzieliśmy dokładnie, jak wyglądają i kiedy otworzyliśmy paczki w Atalayi, to pojawił się problem: jak to teraz złożyć?

Dominik Szczepański: Przecież były testowane na Warcie?

Dawid Andres: Zrobili i testowali je nasi koledzy Piotr Przybylski, Jarosław Berdowski oraz Marek Pielech, który z wyprawy wycofał się w ostatniej chwili.

Hubert: Jestem mechanikiem, ale złożenie wszystkiego do kupy i naniesienie poprawek zajęło mi tydzień. Nie działał ster. Uderzał w śrubę napędową. Wymieniliśmy ją. Wykorzystaliśmy części z popularnych w Ameryce Południowej silników do łodzi peke peke.

Rowery zmieniały się cały czas w trakcie wyprawy wraz ze zmieniającą się Amazonką. Już w Pucallpie nanieśliśmy sporo poprawek, a kompletnie przerobiliśmy rowery w Iquitos. Tam powstały nowe napędy.

Z czego je zrobiliście?

Hubert: Poszliśmy na targ i kupiliśmy osiem używanych szlifierek. Ludzie pytali, po co nam tyle uszkodzonych części. Patrzyli na nas jak na wariatów, kiedy odpowiadaliśmy, że to do rowerów. Potem znaleźliśmy człowieka, który przerobił je według naszych wymagań. Dospawaliśmy zębatki, ścięliśmy silniki. W sumie wyszło dziesięć dodatkowych kilogramów złomu.

A jak wymyśliliście, że Amazonkę można przepłynąć rowerem?

Dawid: Zawsze chciałem przeżyć wielką przygodę, ale żeby jechać nad Amazonkę - tego w głowie nigdy nie miałem. Myślałem o Azji, wszystko było już nawet gotowe. Z przyjacielem Markiem Pielechem przygotowaliśmy w Polsce „ogórka” [Volkswagena T2 - przyp. red.]. Mieliśmy pojechać do Turcji, a potem przez Iran i Pakistan, aż do Indii. Plan był taki, żeby go tam zostawić. Przerosła nas jednak papierkowa robota, bo żeby np. wjechać do Iranu, trzeba wpłacić wysoką kaucję. Poza tym - zwyczajnie się baliśmy.

Długiej drogi?

Dawid: Nie, wojny. Tamten rejon świata był i jest niespokojny. Teraz myślę o tym inaczej, bo zdążyłem przeczytać wiele relacji podróżników z tamtych miejsc, ale wtedy nie byłem pewien, czy to się uda. A potem wróciłem do USA, gdzie mieszkam na co dzień i plan się rozmył.

Skąd więc ta Amazonka?

Dawid: W jednej z książek przeczytałem o Piotrze Chmielińskim, pierwszym człowieku, który przepłynął całą Amazonkę. I wtedy strzeliło mi do głowy, żeby pojechać nad Amazonkę. Myślałem, że wyprawa potrwa pewnie z dwa miesiąca, więc sobie poradzę.

Rowerem po AmazonceRowerem po Amazonce. Od skoku do Jeziorka Ticlla Cocha (stałe źródło Amazonki) do skoku do Atlantyku. Mapa: DeLorme

Dwa miesiące?

Dawid: Zacząłem zgłębiać temat, czytać o tych wszystkich ludziach, którzy przepłynęli tę rzekę. Informacje zbierałem przez rok. Oczywiście szybko się zorientowałem, że te dwa miesiące to fikcja. Powstał pierwszy plan, dość naturalny. Założenie było takie, żeby zorganizować wyprawę kajakową.

Tylko że nigdy nie pływałem na górskich rzekach. Na naukę potrzebowałbym trzech - czterech lat, o ile w ogóle bym się tego nauczył. Trochę długo, a człowiek przecież jest niecierpliwy.

Zmieniłem plan. Postanowiłem, że pojadę rowerem wzdłuż terenów górskich, a resztę pokonam kajakiem morskim. I znów zacząłem zbierać informacje. Okazało się, że kajak morski i jego transport dużo kosztuje.

Kolejny plan: rezygnuję z kajaka, przejadę wzdłuż rzeki rowerem. Szybko zrozumiałem, że to niemożliwe. Na dolnej Amazonce nie znalazłem wielu dróg.

I nagle pojawił się pomysł: a może by tak stworzyć rower amazoński? Coś, co pozwoli poruszać mi się i po drodze i po rzece.

To twój pomysł, czy czymś się inspirowałeś?

Dawid: Prototypy takiego roweru znalazłem kiedyś w Internecie, ale nie sprawdziłyby się. Te produkowane w USA można zmieścić w bagażniku samochodowym, ale to bardziej rowerki wodne niż coś, czym dałoby się pokonywać górskie odcinki Andów. Z kolei te produkowane we Włoszech są robione na specjalne zamówienie. Trzeba było zapłacić 2-3 tys. euro i czekać 3-4 miesiące. Ale te projekty również mnie nie przekonały. Nie nadawały się na Amazonkę, to rowery typowo rekreacyjne.

Zacząłem kombinować. Rower amazoński musiał mieć mocną konstrukcję, adekwatną do powagi rzeki, którą miałem nim spłynąć. Zadzwoniłem do mojego kolegi Jarka Berdowskiego. Powiedziałem, o co chodzi, a on zaczął spawać. Zaczęło się od kilku rurek. Napęd stworzyliśmy ze szlifierki kątowej. Później ten rower przyleciał do Peru, gdzie zaczęła się nasza wyprawa.

A skąd wziął się na niej Hubert?

Dawid: Załapał się w kolejce po bilety na mecz żużlowy. (śmiech)

Hubert: Staliśmy po te bilety i Dawid spytał mnie, czy chciałbym pojechać nad Amazonkę. Od razu się zgodziłem.

Wiedzieliście, co to wyprawa? Jakie przed wami wyzwanie?

Dawid: Lubię namioty, podróże z plecakiem.

Zawsze szukałem pracy, która pozwalałaby mi podróżować. Na drugim roku rzuciłem studia, bo załapałem się na pracę na statku pasażerskim. Robota była niewolnicza. Przez 10 miesięcy kontraktu nie miałem ani jednego dnia wolnego, ale za to piękne widoki. Nowe kraje i ludzie, których poznałem wynagradzały wszystko. Teraz mieszkam w USA, mam żonę Filipinkę. Jeździmy do jej rodziców, zostawiamy z nimi dzieci i podróżujemy po Azji z plecakami. Gdy jesteśmy w Polsce to pakujemy namioty i zwiedzamy z dziećmi kraj.

W USA znalazłem pracę na ciężarówkach. Mogłem zarabiać i przy okazji poznawać Stany. Jeśli chodzi o podróżnicze doświadczenie, to by było na tyle. Nigdy nie byłem na prawdziwej wyprawie rowerowej.

Hubert: Ja mieszkałem 10 lat w Norwegii. Zwiedziłem ją prawie całą, bo pracowałem w sieci hoteli i często się przeprowadzałem. Ale nigdy nie wyjeżdżałem na dłużej z plecakiem.

Dawid: Podróż rowerowa to w ogóle była dla nas nowość. Na początku mieliśmy wszystkiego za dużo, wielu rzeczy nigdy nie użyliśmy. W Arequipie nadaliśmy paczkę do naszego znajomego: na dzień dobry odchudziliśmy bagaże o 30 kilogramów. Potem pozbywaliśmy się kolejnych rzeczy. Do Belem dopłynęliśmy z jedną sakwą i jedną parą ubrań. Nie przebieraliśmy się przez ostatnie 1,5 miesiąca.

Tak naprawdę poza rowerami potrzebowaliśmy niewiele. Okazało się, że nie trzeba nawet dobijać do brzegu, żeby coś ugotować. Nurt ciągnął nas do przodu, można było zejść z siodełka i coś ugotować.

Zejść na co?

Dawid: Na platformę. Kiedy kończyliśmy odcinek rzeczny i modyfikowaliśmy rowery, by można było nimi jeździć po drogach, to platformę wyrzucaliśmy. O nową nie było trudno. Wystarczyło kilka desek, pięć gwoździ i gotowe.

Którą część Amazonki wspominacie najlepiej?

Dawid: Najpiękniejsze są kanały przed Belem. Tam Amazonka wygląda tak, jak na filmach. Jest wąska, skaczą delfiny, a na palach stoją piękne, kolorowe domki. Ludzie pływają sobie łódeczkami, piją piwo, małpy skaczą, papużki latają, chłopcy z flirtują z dziewczynami na uboczu. Z wody to wszystko bardzo dobrze widać. Najwięcej było delfinów, zwłaszcza różowych. Te są szczególnie brzydkie - wyglądają jak spasione pływające świnie. Czarnych było mniej. Są malutkie i piękne. Wyskakują z wody i popisują się.

Hubert: Ale to tylko fragment Amazonki. Większość rzeki wygląda inaczej. Praktycznie nie widziałem prawdziwej dżungli. Dopiero na sam koniec. Wcześniej wszystko było wycięte. Zwłaszcza w Peru. W Brazylii niby z wody widać las, ale gdy tylko do niego wejdziesz, to poznajesz prawdę. Przy rzece las jest, ale kawałek dalej wycinka trwa w najlepsze. Ten przy Belem ostał się, bo trudno go wyciąć z powodu pływów. Rzeka wlewa się do lasu i utrudnia człowiekowi zniszczenie.

W ogóle w tej całej wyprawie pomogło nam podejście.

Jakie?

Dawid: Dzięki temu, że podzieliliśmy naszą wyprawę na etapy, to nie spoglądaliśmy na nią jak na całość. A Amazonka wciąż się zmieniała, fascynowała nas. Co chwilę działo się coś nowego. Zawsze staraliśmy się docierać do wiosek, poznawać nowych ludzi, nowe zwyczaje. To nas wciągało. Pedałujesz i nawet nie wiesz, kiedy mija 10 godzin. Były dni, że nie zamienialiśmy ze sobą nawet słowa. Jeden płynął przodem, drugi z tyłu. Jeśli chodzi o przepłynięty jednorazowo dystans, nasz rekord to 130 km, ale były też dni, że pokonywaliśmy tylko 10 km.

Hubert: Monotonii nie było również dlatego, że co jakiś czas zamienialiśmy rzekę na drogę i musieliśmy walczyć z logistyką. Pomagali nam miejscowi.

Jacy byli?

Dawid: Myślałem, że na Amazonce nie spotkamy prawdziwych Indian. Ale kiedy jechaliśmy na rowerach z Satipo do Atalayi to mieliśmy wrażenie, że tam świat zatrzymał się 200 lat temu. Kobiety chodzą boso z maczetami w typowym dla Ashaninka stroju cushma. Ludzie mieszkają w chatach bez ścian. Tereny przy rzece są już inne. Mężczyźni chodzą w koszulkach z logo Manchesteru United i Chelsea Londyn. Ale wbrew pozorom to dalej Indianie, dalej żyją prymitywnie.

W Peru ludzie są całkiem inni niż w Brazylii. Wydaje mi się, że dalej mają kolonialną mentalność. Myślą, że biały człowiek przyjeżdża ich wykorzystać. Z drugiej strony Peru to był jedyny kraj, w którym nigdy nie odmówiono nam noclegu, więc dużo tam sprzeczności.

Pamiętam, że w Brazylii pierwszego dnia zapytaliśmy o nocleg. Usłyszeliśmy: „Won! Spieprzać stąd!”. Myśleli, że jesteśmy Peruwiańczykami, bo rozmawialiśmy po hiszpańsku, a nie lubią swoich sąsiadów. A potem okazało się, że Brazylijczycy jednak są fajni. Lubią życie, aż zanadto.

Hubert: Są nadopiekuńczy. Ciągle się boją i mówią o niebezpieczeństwie. Powtarzali, że ktoś nas zabije.

Dawid: W niektórych wioskach prawie walczyli o to, gdzie będziemy spać. Odbywała się narada. Zawsze na podłodze lądowało jedzenie. Nawet nie pytali, czy jesteśmy głodni. I ciągle nas przy tym jedzeniu poganiali, chcieli, żebyśmy zjedli jak najwięcej. Rozczarowały nas za to miasta w Brazylii. Są wielkie, pomieszane, bez ładu. Te w Peru są mniejsze i piękne, dużo w nich małych, glinianych chatek.

Co wam zapadło w pamięć?

Hubert: Dzieci. I święta, które spędziliśmy w Kolumbii, w Leticii. Tam spotkaliśmy najfajniejszych ludzi. Mieliśmy zasadę, że jak wpływamy do portu, to skanujemy ludzi. Podpływaliśmy, zamienialiśmy trzy zdania i już wiedzieliśmy, czy chcemy zatrzymać się u nich, czy szukamy innych. Szukaliśmy uśmiechu, tej nici porozumienia, która czasem jest w spojrzeniu. Znaleźliśmy ją zwłaszcza w Kolumbii. Mieszkańcy Leticii zaprosili nas do domu, pomogli wymienić pieniądze. Pierwszy raz ktoś zaprosił nas do domu - wcześniej mogliśmy spać na podwórkach. W Kolumbii pierwszy raz ktoś postawił nam obiad i piwo, wcześniej to my płaciliśmy. Mieliśmy wypłynąć trzy dni przed Bożym Narodzeniem, ale prosili nas, żebyśmy je spędzili z nimi. Byli bardzo otwarci.

Ta otwartość nie ciąży? Rozumiecie takie podejście do gości?

Hubert: Może ja jestem nauczony tej otwartości, bo byłem w Norwegii. Jadąc tam pierwszy raz miałem opory, a teraz wiem, że za otwartością niekoniecznie stoi podstęp.

Dawid: A mnie w tych ludziach uderzyła skromność. Ostatnio ktoś zadał mi pytanie: „Dawid, co ta wyprawa zmieniła w twoim życiu?”. Pomyślałem sobie, że zawsze byłem dumny z moich podróży, ze znajomości języków. Lubiłem się tym chwalić na imprezach. A teraz zauważyłem, że wcale nie trzeba się chwalić. Nad Amazonką ludzie nie opowiadają o swoich majątkach, sukcesach. Nie wywyższają się.

A gdzie było najciężej?

Dawid: Kryzys pojawił się dopiero na koniec. Rzeka stała się straszna. Byliśmy naprawdę dobrze przygotowani i nieźle nam szło aż do Manaus, ale potem zaczęło się coś, czego nie znaliśmy. Rozpoczęła się walka z falami. Ale takimi, że Hubertowi wyrwało rower z ramy. Nigdy nie zwątpiliśmy, że my tego nie zrobimy, ale baliśmy, że sprzęt nie wytrzyma.

Po jednym z ataków fal zatrzymaliśmy się na brzegu. Mieliśmy łzy w oczach, bo przed chwilą uderzyły w nas dwumetrowe fale. Dzwoniliśmy do Piotra Chmielińskiego, pierwszego człowieka, który przepłynął Amazonkę kajakiem. Mówił nam: „Musicie się przygotować, że fale będą jeszcze większe”. Piotr był faktycznie członkiem naszej wyprawy, tyle że takim na odległość. Nazwaliśmy go "tatą”. Poza radami, o które prosiliśmy, bywały sytuacje, gdy baliśmy się odbierać od niego wiadomości, bo niektóre brzmiały mniej więcej tak: "Musicie wrócić dżunglą ponad 30 km, ponieważ . przeszliście/przejechaliście ten odcinek w złym kierunku”. On nie zmuszał, ale tylko pytał, czy chcemy zrobić tę wyprawę na 100 proc. czy tylko na 85 proc. według niepisanej definicji eksploracji. Zrobiliśmy wszystko na 100 procent.

Dopłynęliśmy do Santarem i tam bardzo wzmocniliśmy rowery. Dospawaliśmy trójkąty do stelaża. I tak naprawdę dopiero tam stworzyliśmy prawdziwy rower amazoński.

Jak wyglądają fale na Amazonce?

Dawid: To, co napotkaliśmy przed Santarem, chyba było rzadkością. Ludzie nam nie wierzą, gdy o tym opowiadamy. Fale uderzały ze wszystkich stron, niektóre były tak wysokie, że traciłem Huberta z oczu. Patrzyły się na mnie z góry i po chwili spadały jak atakująca kobra. Hubertowi rozsypał się napęd, ale dopłynął jakoś do brzegu.

Trzymałem się roweru i modliłem.

Smutno wam było na koniec?

Hubert: Wyprawa zajęła nam tyle czasu, że bardzo chcieliśmy już wrócić do domu. Nad Atlantykiem nie było wybuchu szczęścia. Zmęczenie i tęsknota były za duże.

Dawid: Przez wiele tygodni żyliśmy tym, że zbliżamy się do Belem. Zazdrościłem wielkim statkom. Ludzie mówili na nich, że za cztery dni będą już przy ujściu Amazonki. A przed nami był jeszcze miesiąc. I teraz tak myślę, że to smutne, że nie cieszyłem się każdą chwilą tylko myślałem o Belem.

A najbardziej cieszyliśmy się, kiedy udało nam się wejść z rowerami aż nad samo jezioro Ticlla Cocha, z którego wypływa Amazonka. To był jeden z najbardziej wzruszających momentów naszej wyprawy. Właśnie rozpoczynała się nasza wielka przygoda największą rzeką świata, a do tego okazało się , że byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy do jej źródła dotarli z rowerami.

Hubert: W ogóle cała nasza wyprawa taka była - nie płynęliśmy po żaden rekord. Do końca nawet nie wiedzieliśmy, co robimy.

Dawid: A teraz ciężko się przestawić. Gdy rano wstaję, to odruchowo otwieram namiot. Nawet ostatnio pomyślałem, że chciałbym tam wrócić. Ale tak na spokojnie, tam gdzie nie ma wielkich fal. Tak już mam. Jestem w związku małżeńskim od 15 lat i nie wiem, czy byłem w domu w sumie przez 4 lata. Mam za sobą fantastyczną przygodę, ale boję się, że przyjadę, pobędę cztery tygodnie z rodziną, a potem powiem żonie, że wsiadam na ciężarówkę i jadę dalej.

Hubert, a w tobie co się zmieniło?

Hubert: Wszystko. Całe życie wywaliło mi się do góry nogami. Zaczynam wszystko od nowa. Nie mam pojęcia, co będę robił.

A masz poczucie, że co by się nie stało, to teraz sobie poradzisz?

Hubert: Ja już to miałem przed. Chyba urodziłem się zwariowany.

Dawid: Hubert jadąc na Amazonkę nie wiedział nawet, gdzie jest Lima (śmiech).

Śledź autora na twitterze @deszczep